Już tu kiedyś miałem pisać, ale nie napisałem, z do tej pory niewiadomych mi powodów. Ostatniej nocy miałem sen dosyć dziwny, chociaż znalezienie snu "normalnego" do łatwych raczej nie należy. Sen zaczął się w mojej własnej miejscowości, na moim własnym podwórku. Znajduję się w samochodzie i wyjeżdżam nim na Rynek. Nie jest to byle jakie auto, albowiem jest to Mercedes, bliżej nieznany mi model, ale jeden z nowszych, kolor metalik. Kieruję się na miasto, w którym jest moje byłe gimnazjum, a do którego bardzo często jeździ np. moja matka, po zakupy czy coś takiego. Bardzo szybko opuszczam swoją wieś, tak, że nawet tego nie pamiętam. Wtedy okazuje się, że nie jestem sam, do mojego ramienia przytulona jest koleżanka, którą znam od 4 lat, a w której jakiś rok temu byłem bardzo mocno zakochany. Jadąc czuję trochę problemów z opanowaniem pojazdu, ale jakoś się drogi trzymam, wyżalam się jej, iż nie lubię, gdy droga nie jest prosta, tylko zakręt następuje dosłownie po zakręcie. Koleżanka rzuca swoją uwagę, której obecnie nie pamiętam i pomaga mi swoją ręką w przejechaniu jednego z tych nielubianych zakrętów.
Z naprzeciwka nadjeżdża policyjny radiowóz, wtedy zaczynam odczuwać niejako strach, bowiem ani ja, ani moja pasażerka prawa jazdy nie posiadamy. Obawy te okazują się być nieuzasadnionymi, bo skąd niby oni mogli by wiedzieć, iż bez odpowiednich dokumentów się poruszam? Przejechali, a tymczasem przede mną ruch bardzo zwolnił, pojazdy bardzo ślimaczyły się, z obawy przed "wjechaniem w dupę" granatowemu Maluchowi jadącemu przede mną zwolniłem bardzo radykalnie. Tymczasem jakiś inny samochód uderza w nas od tyłu przez co dosłownie przejeżdżam po Fiacie i zatrzymuję się zaraz przed nim. Koleżanka stwierdza brak obrażeń. W bocznym lusterku widzę, że policja wraca. Podejmuję natychmiastową decyzję o ucieczce, auto przeskakuje nad rowem i po polu należącym do mojego sąsiada pędzę w kierunku drogi polnej, która gdzieś mnie ma rzekomo doprowadzić, widzę też jak pasażerka zapina pasy. Gdy już dojechałem do swojej drogi wybawienia okazało się, że zamiast jakichś polnych wertepów mamy tam całkiem płaską drogę asfaltowaną. Niestety, oprócz drogi również i blokadę policyjną, która skutecznie mnie demobilizuje. Otrzymałem 234 punkty karne i 10 milionów nowych polskich złotych mandatu. Tą ekstremalną karą zupełnie się nie przejmuję, wydaje mnie się, że mnie stać, więc daję szanownym pieskom kartę kredytową, z której odciągają mi wymaganą sumę. Najbardziej mnie cieszy, że Mercedes nie zostaje zarekwirowany. Dodatkowo, do mandatu, stróże prawa pouczają mnie i - jak to nazwali - moją żonę, byśmy wyrobili sobie dowody osobiste i prawo jazdy.
No nic, podróż trwa dalej, w końcu docieram do jakiejś drogi polnej i po tych strasznych wertepach jadę bacząc by nie urwać zawieszenia. Zajeżdżam na jakąś polanę i widzę Mercedesa z pewnej oddali, wysiadam z niego razem z "żoną", a następnie udaję się do wielkiego kościoła. Przechodząc przez przedsionek rzucam się dosyć efektownie przed ołtarzem, leżę krzyżem przez chwilę. Wstaję i wraz ze współtowarzyszką udaję się na górę. Góra kościoła wygląda tragicznie, zwłaszcza w porównaniu z bogatym i pięknym pierwszym piętrem. Praktycznie można stwierdzić, że jest to samo drewno, rozpadające się. Wchodzim z dziewczyną do jakiegoś pokoju tam się znajdującego. Osoby w nim przebywające są... no dosyć abstrakcyjne, a mianowicie są to - Tomasz Dedek, znany polski aktor, Mieczysław, mój ś.p. ojciec, Ola, dziewczyna, w której się zakochałem, oraz jakaś stara, nieznana mi, kobieta. Cała ta czwórka żywo dyskutuje na zupełnie nieznany mi temat. W pewnym momencie Ola wyciąga telefon i stwierdza, że Piotr Wieteska, menedżer zespołu Kult przysłał jej smsa, w którym informuje o tym, że próby zespołu przedłużają się. Mój ojciec mówi jednak, że są ważniejsze sprawy i prosi mnie, bym wyszedł tak, by Luiza (bo tak dziewczę owo ma na imię) mogła zostać z nimi sama.
Co się tam dzieje - nie wiem. Samemu siedzę przed drzwiami, plecami do nich będąc odwróconym i rzucam kamieniami do łazienki, która nie wiadomo skąd się tam znalazła. Spowodowało, że ktoś akurat z toalety korzystający strasznie się zdenerwował i wyszedł do mnie ze słowami "Co to qrva ma być?!". Popatrzył się na moją twarz i po chwili wystraszył się i bardzo mnie przeprosił. W tym samym czasie otwarły się drzwi, o które się w międzyczasie oparłem i przez to wpadłem do pokoju. Dziewczyna była pięknie przystrojona, na głowie miała wianek z kwiecia. Tomasz Dedek uznał, że wszystko jest gotowe i możemy wychodzić. Schodzimy całą grupą na dół, a tam powtarza się scena z padaniem na twarz przed ołtarzem. Zamiast do wyjścia kierujemy się jednak w inne miejsce, które później i tak się wyjściem być okazuje. Są tam potężne, ale jednocześnie stworzone z żółtego szkła drzwi. Wyciągam z kieszeni klucz, przekręcam go w zamku, lecz zamiast otwarcia mam niewielkie trzęsienie ziemi. Nie wiedząc co się dzieje kopię w te drzwi, lecz te nawet się nie zarysowały. Po mnie kolejne osoby otwierają drzwi, pierwsza Luiza, lecz żadnego to skutku nie daje. Cały budynek zaczyna się walić, chwieje się nieprawdopodobnie, jednak ja staram się zachowywać spokój. Ola zrzuca ze schodów kilka kolejnych kluczy, które łapię. Jeden z tych kluczy wbijam sobie w żyłę lewej ręki, a pozostałymi dwoma otwieram drzwi. W końcu zostają one otwarte i wraz ze swoją "żoną" wychodzę przez nie, tamta czwórka zostaje wewnątrz.
Na zewnątrz jest ciemna noc, zupełnie mi nieznane miasto, chociaż trochę przypominające pierwotny cel podróży. Na chodnikach leży cała masa żebraków, proszą nas o jałmużnę, widząc najprawdopodobniej w nas swoich wybawicieli, czy kogoś w ten deseń. Koleżanka coś im tam wręcza, natomiast ja zaczynam w nich rozpoznawać znajome twarze, są to inne dziewczyny z byłej klasy gimnazjalnej, jedna z nich pozdrawia mnie. Wtem żona mówi do mnie "Patrz! Twój kolega jedzie!". Widzę przejeżdżającego na rowerze Wieteskę, który wygląda niezbyt żebraczo, przez co wyróżnia się z tłumu. Składa on nam bliżej niezidentyfikowane życzenia, a następnie odjeżdża.
Docieram do swojego rodzinnego domu, w swojej rodzinnej miejscowości, gdzie obecnie mieszkam, żyję i tak dalej. Nasz dom jest podzielony na dwie części, z koleżanką docieramy do tej, w której przebywam rzadziej. Na stole w pokoju gościnnym leży kartka z nazwiskami, są tam nazwiska różnorakie, ale jednak niezbyt abstrakcyjne, takie zwyczajne. Pierwsze dwie pozycje to ja i ona, dalej następuje ta czwórka, lecz nie byłem w stanie przeczytać nazwiska starej kobiety. Kolejnych wielu nie znałem, były dla mnie całkowicie obce. Zapatrzyłem się na koleżankę/żonę/dziewczynę, bo wierzcie mi - urody ona jest przedniej. Jednak wzrok musiałem odwrócić, gdyż ona wyszła z pokoju do kuchni. Włączyłem telewizor, w którym to leciały wiadomości, prowadzone przez jakiegoś duchownego. Podawano tam, że zawalił się kościół w mieście o 40 kilometrów oddalonym ode mnie. Krzyknąłem - "Lusia! Mówią o nas!". W reportażu stwierdzono, że przeżyłem, i że koleżanka przeżyła, chociaż większość tej wypowiedzi zajęły jakieś szumy. Swoje nazwisko słyszałem jednak bardzo wyraźnie. Koleżanka ponownie zostaje wymieniona jako żona ma. Popatrzyłem po raz kolejny na tę kartkę z nazwiskami, jednak zmieniła się ona dosyć, zamiast personaliów była tam tabelka, chyba specyficzny scenariusz, czy tam rozpisanie na role, w którym to Ola dostała role dwie - jedną niewiadomą i drugą... "Down", cokolwiek by to miało znaczyć. W ten to sposób sen się skończył, mimo, że czułem iż obudziłem się długi czas później.
Tak, lubię długie formy pisemne, bądź bardzo dobrze i szczegółowo zapamiętuję swoje długie sny. Osobiście zinterpretowałem to dosyć niestandardowo, uznając świat po zawaleniu się kościoła za świat po apokalipsie. Co by na to wskazywało? Otóż po pierwsze - ludzie żebrzący na ulicach, jako Ci potępieni i tak dalej. Po drugie - ja, ani koleżanka nie posiadaliśmy dowodów osobistych. Istnieje teoria, która mówi, że liczba 666 i znamię bestii odnosi się właśnie do specyficznego systemu dowodów tożsamości, wedle którego każdy powinien mieć na sobie znamię, a suma liczb tego znamienia daje właśnie 666. Dlatego też policjanci puścili mnie, gdyż zwyczajnie mogłem nie mieć czasu na "wyrobienie" takiego dowodu. Dzięki temu przeżyłem więc zagładę. Wieteska, który jest Świadkiem Jehowy również przeżył, chyba ze względu na to, że sam się nie "zdowodował" ze względu na swoją religię, nie wiem, nie wnikam. Trochę to naciągane, ale co tam
Kiedyś miałem ińszy sen, z podobnym motywem podróży z nią, wtedy gdy jeszcze byłem w niej zakochany. Wtedy szliśmy we dwoje obok kościoła w jej mieście, a na rowerze zamiast menedżera Kultu był mój kolega - podobnie jak ja - ministrant w mojej parafii Kościoły zaś śnią mnie się bardzo często, o tym kiedyś pewno napiszę, chyba, że zostanę poproszony o krótsze wywody
Reklama Google AdSense
Pamiętaj! Źródłem utrzymania serwera są reklamy Google AdSense. Dziękujemy za uszanowanie ich obecności.
Witaj serdecznie Bojar!
bardzo mi było miło czytać takiego tekściarza,
". Sen zaczął się w mojej własnej miejscowości, na moim własnym podwórku. Znajduję się w samochodzie i wyjeżdżam nim na Rynek. Nie jest to byle jakie auto, albowiem jest to Mercedes, bliżej nieznany mi model, ale jeden z nowszych, kolor metalik"
Odpiszę w krótki sposób i jeśli to rozważysz i przyjmiesz w sposób osobisty, może mieć dla Ciebie dużą moc:
"wskakuj do tego mercedesa i nie oglądaj się"
czyli "patrz przez siebie na przyszłość"
Hm... Mnie ten Mercedes ciekawi też z innego powodu... No bo ja to do jakiś specjalnie bogatych ludzi nie należę, a tu nagle w tym śnie korzystam z takiego co by nie było kosztownego pojazdu, nie przejmuję się wydaniem 10 milionów na opłacenie mandatu. Dodatkowo jestem raczej antykonsumpcjonistą, a tu mamy raczej coś na odwrót, bo to raczej wygląda na zachciankę bogacza. Dodatkowo też ta moja postawa po zawaleniu się kościoła, kiedy to - razem z tą dziewczyną - byłem chyba pomocą dla tych ludzi.
A te słowa to faktycznie mogą być dobre, ze względu na to, że ja lubię sobie powspominać jak to dawniej bywało i zazwyczaj wychodzi mi, że to dawniej było lepiej, więc się oglądam, trzeba będzie się nad tym zastanowić
Mercedes to bardzo porządny samochód - do poważnych zadań. Zobacz czym był dla Ciebie we śnie i sprawdź czy te cechy które ma ten samochód nie są Twoim udziałem w rzeczywistym działaniu.
W takim razie, jeśli w Twoim życiu było wiele darów, sukcesów i szczęścia -pomoże zachowanie ich jak najbardziej blisko serca, tak by biło mocniej dla przyszłości. Pomnożysz z pożytkiem dla siebie czy przekażesz dalej innym.
Głowa Głowa może oznaczać mądrość, intelekt, rozumienie i rozsądek. Może również symbolizować uzdolnienienia, wizerunek samego siebie i postrzeganie świata.
Sen, że ktoś usiłuje nam zedrzeć głowę, sugeruj... [przeczytaj całość]
Losowy cytat
"Ci, którzy kochają, sami sobie kształtują sny."
- Wergiliusz (70-19 p.n.e.)
Sonda
Kto jest online
Aktualnie nie ma zalogowanych użytkowników, gości jest: 57
Strona przeznaczona jest dla otwartych umysłów co swoje sny zgłębiać pragną. Wszelkie materiały umieszczone na stronie podlegają prawom autorskim i nie mogą być one rozpowszechniane w żadnej postaci bez zgody ich autora. Główne tematy strony to: znaczenie symbolika interpretacja snów, sennik, sny erotyczne, świadome śnienie, senniki, sny. Wykonanie i utrzymanie strony - www.itbvega.pl