 |
|
Jaki jest mój "bóg", czyli o zachowaniu się mojego śniącego ja |
Z komentarza do artykułu
http://stud.wsi.edu.pl/~qubeck/farchive/f13/literatura.html#tekst
czytam:
Są dwa sposoby, żeby stać się "Bogiem" we śnie, to znaczy "przypomnieć sobie", że się śni i zdobyć moc wpływania na wydarzenia we śnie.
(...) Wystarczy kilkanaście razy w ciągu dnia zastanowić się intensywnie i zapytać samego siebie: "Czy ja śnię w tej chwili?". Jest wysoce prawdopodobne, że już po krótkim treningu zadamy sobie to samo pytanie we śnie. Odpowiedź zawsze będzie "realna". Odpowiemy sobie "Tak, śnię"...
Może dla autora tak to działa, ale oczywiście każdy przypadek jest inny. Czytałam o otrzymywaniu fałszywych odpowiedzi na takie pytanie... a w moich własnych snach nie pytam nigdy (może dlatego, że nie ćwiczę tej metody), po prostu nagle coś, jakaś anomalia uświadamia mi, że to sen, ale bywało też, że bez widocznego powodu uświadomiłam sobie, że śnię...
I już zdobywamy moc równą boskiej.
Wiele razy udało mi się to uzyskać. Zostałem "Bogiem". Niestety bogiem wyjątkowo głupim i ograniczonym.
Oto przykład:
Śniłem, że jestem najemnikiem (naprawdę trudno odpowiadać za treść swoich snów) miałem mundur w barwy ochronne i pistolet maszynowy ślicznie przewieszony przez ramię. Skądś wiedziałem, że polecono mi zdobyć zaopatrzenie dla oddziału. Jak każdy szanujący się najemnik, poszedłem więc do supermarketu na zakupy. Niestety zjeżdżając ruchomymi schodami zdałem sobie sprawę, że kilkadziesiąt osób w sali poniżej chce mi zrobić coś okropnego jak tylko dotrę do podestu na sali zakupów. Miałem broń i postanowiłem zacząć strzelać. Ale jak to we śnie: magazynek mi wypadł więc musiałem przytrzymywać go palcem. Spust się wygiął, więc musiałem go odgiąć. Po bliższym badaniu mój pistolet maszynowy okazał się (bardzo źle wykonaną) imitacją z plastiku. Zacząłem więc krzyczeć "Tra ta ta ta!" jednocześnie potrząsając groźnie bronią i... udało mi się kogoś zastrzelić w ten sposób (chyba tylko siłą woli bo automat nie działał...). Jednak w tym momencie zapytałem sam siebie czy śnię. Odpowiedź była jednoznaczna. Śnię. Momentalnie stałem się bogiem. I co zrobił bóg? Ano... zmusił broń, żeby stała się "prawdziwa" i... zastrzelił jedną serią resztę ludzi na sali.
Raczej trudno o głupszy scenariusz w przypadku boga, aczkolwiek, pamiętam, że jeszcze przez jakiś czas po obudzeniu byłem z siebie bardzo dumny.
„naprawdę trudno odpowiadać za treść swoich snów” – pisze autor.
No przecież skoro my jesteśmy tym bogiem, reżyserem naszego snu, czyli jego stwórcą, to w jakimś celu wymyśliliśmy sobie właśnie TAKĄ a nie inną akcję i właśnie taką a nie inną głupotę. Właśnie taka akcja/głupota ma coś nam uświadomić. Jego głupota stworzona przez niego ma coś JEMU uświadomić, a moją głupotę innego typu też stwarzam w sobie znanym celu.
Autor snu był bardzo zdeterminowany, aby zastrzelić tych ludzi, zastrzelić ich za wszelką cenę, nie zmienił swojego zamiaru nawet po uświadomieniu sobie, że śni. Czyli było to bardzo istotne, owo zastrzelenie. Tym bardziej, że pisze też o swoich odczuciach w związku z tym czynem: nawet jakiś czas po obudzeniu był z siebie bardzo dumny. Jest to bardzo cenna informacja. Dopiął swego: chciał ich „zastrzelić” czymś i to osiągnął (a my, ludzie, jakże łatwo dajemy się otumanić kiepskimi atrapami), to było celem tej sennej akcji – wyraźnie przychodzi na myśl gra słów. Ileż to razy chcemy „zastrzelić” świadomie innych jakimś postępkiem/decyzją (nieraz mówimy też, że „zrobię tak, że szczęka im opadnie z wrażenia”), ale nieraz zastrzelimy kogoś, bo ten ktoś w ogóle się czegoś takiego nie spodziewał. Znana mi 22-letnia dziewczyna „zastrzeliła” swoją matkę, gdy ta wróciła z dwutygodniowych wczasów: mamo, za dwa tygodnie biorę ślub. Matka dowiedziała się ostatnia, spadło to na nią jak grom z jasnego nieba ... (i znowu kolejne symbole do wykorzystania we śnie: moja szczęka wypada mi z hukiem na ziemię; obserwuję zupełnie jasne niebo, gdy nagle spada z niego na mnie grom – a potem mówimy: ależ głupoty mi się śnią, skąd to się bierze?)
Parę razy stwierdziłem, że jako bóg własnego snu zachowuję się jak kretyn:
- nigdy nie jestem w stanie opracować jakiegokolwiek planu działania. Reaguję (z boską mocą) jedynie na zdarzenia bieżące. Jeżeli otaczają mnie potwory, a ludzie wokół mnie przeraźliwie się boją to jedyną akcją na jaką mnie stać to "cudowne" przeniesienie siebie samego na szeroką drogę, do luksusowego samochodu i, jakby było jeszcze za mało szczęścia, wymyśliłem sobie, że mam w ręku porcję lodów. W rzeczywistości lodów prawie nie jem bo nie lubię. Jako "śniący bóg" jednak to właśnie uznałem za synonim szczęścia i bezpieczeństwa.
- jako bóg mogę zapewniać sobie we śnie różne przyjemności. Pamiętam jak śniłem kiedyś, że jem flaki w restauracji. Mogłem zmusić kelnera, żeby poruszał się "z prędkością światła" przynosząc nowe porcje, mogłem sprawić, żeby mi flaki smakowały, ale... nie byłem w stanie przypomnieć sobie, że flaków "w świecie realnym" nie cierpię i chyba bym zwymiotował po zjedzeniu pierwszej porcji. Nigdy nie potrafiłem sobie zapewnić tego co chciałbym mieć lub robić na jawie. Mogłem spełniać wszystkie swoje zachcianki we śnie (wiedząc, że śnię) ale nigdy nie były to pragnienia "z jawy". We śnie, jak widać, często pragnę flaków, lodów i luksusowych samochodów...
Ja też nie cierpię flaków i ich nie jadam w rzeczywistości, ale nigdy w snach nie śniłam o flakach, mimo że śnię o jedzeniu często. Mało tego, z reguły doskonale pamiętam w snach zwyczajnych, jakich potraw nie jadam i gdy zdarzyło się we śnie, że dałam pierwszeństwo wyboru innym i dla mnie zostało coś, czego nie tykam, to stwierdziłam, że nie mam co jeść.
Wydaje mi się, że tu może zachodzić coś innego. Tak często bywa, że angażując się w wydarzenia snu, początkowa świadomość szybko się wytraca w akcji snu i po prostu już nie pamiętamy, że śnimy. Jest to typowe dla początkujących, że ich świadomość snu trwa bardzo krótko.
A co się tyczy treści snu autora, właśnie tu musi być pies pogrzebany. Gdyby to był mój sen, po obudzeniu zadałbym sobie pytanie: Dlaczego funduję sobie rzeczy, których nie lubię, hę? Może wcale nie chodzić o te dosłowne lody czy flaki, one mogą być metaforą czegoś innego w naszym życiu. Może ktoś inny nam wmówił, że luksusowy samochód jest synonimem życiowego bezpieczeństwa.
- jako bóg własnego snu jestem istotą tak koszmarnie głupią, że potrafię wylecieć przez okno i zniszczyć cały budynek, w którym dotąd przebywałem, tylko dlatego, że budzik za głośno tykał...
- jako bóg, niestety, podlegam wszelkim ograniczeniom snu (nawet jeśli wiem, że śnię). Pamiętam jak śniło mi się kiedyś, że ktoś pociął mnie na kawałki (mniej więcej wielkości dłoni). Ktoś litościwy zszył mnie jednak wykorzystując do tego celu grube nici (pewnie ścieg przy ściegu, ale nie pamiętam, nie wpadłem we śnie na pomysł by spojrzeć choć na własne ramię i sprawdzić jak to wszystko jest zszyte). Pamiętam jedynie jak szedłem i bałem się kichnąć bo wtedy szwy puszczą i się rozlecę. W pewnej chwili stałem się jednak bogiem (zrozumiałem, że śnię) i... i co? Jedyną rzeczą jaką byłem w stanie zrobić była myśl, że skoro to tylko mi się śni to nie mogę się rozpaść na kawałki od byle kichnięcia. Nie przyszła żadna konstatacja ze świata realnego, że przecież nie można kogoś rozciąć i posklejać z kawałków jak Frankensteina. Jedyne co dała mi pozycja boga to fakt, że przestałem się przejmować możliwością kichnięcia.
Każdy reaguje inaczej, ja bym oczywiście od razu chciała poeksperymentować z tym kichnięciem i ewentualnym rozleceniem się na kawałki i zobaczyć, co by faktycznie wtedy nastąpiło. Bo zawsze wydarza się wtedy coś nieoczekiwanego, coś, o czym w ogóle nie pomyśleliśmy, w moich przypadkach snów świadomych coś bardzo pozytywnego. Np. kiedyś jechałam pociągiem i jego trasa zaczęła prowadzić w morze. Cały czas główkowałam, jak ten pociąg jedzie, czy są na morzu szyny i stałam obserwując tak jakby na początku składu wagonu (tak jak to w czasach dojeżdżania do szkoły zdarzało mi się robić), jak on jedzie, jak tu jest z szynami i widziałam, że szyny były przed pociągiem, tak jakby przyczepione do pociągu, jak narty wodne i pociąg jechał cały czas w głąb w morza i – w jakiś sposób wpadłam do wody. Wtedy uświadomiłam sobie, że śnię, więc skoro wpadłam, od razu była we mnie zgoda na to, co ma się stać, chciałam zaobserwować swoje odczucia, chciałam to wszystko świadomie przeżyć. Na pewno tkwiło we mnie przekonanie, że powinien nastąpić szok przy zetknięciu się z zimną, może lodowatą wodą (widocznie zafiksowałam się w swoim świadomym umyśle na taką jedną wąską opcję). Nic podobnego się nie stało. Woda okazała się bardzo przyjemnie cieplutka i bardzo klarowna, nurkowałam z otwartymi oczami, mogłam wszystko obserwować, było po prostu cudownie, dopłynęłam do dna.
Innym razem podczas wędrówki w górach i upajaniu się pięknymi widokami, jakimiś takimi typowo polskimi, beskidzkimi (a jednocześnie widziałam tam w dole miasteczko, w którym wtedy mieszkałam, czyli było to dobre dwa tysiące kilometrów od Beskidów) uświadomiłam sobie, że śnię w momencie, kiedy właśnie miałam spaść w przepaść –która nagle pojawiła się na mojej drodze – i gdy już to miało nastąpić, to znowu nastąpiła we mnie zgoda na przeżycie tego i pełna czujność obserwacyjna, aby tego wszystkiego świadomie doświadczyć. Zapewne znowu zafiksowałam się w swojej wąskiej świadomości widzenia spraw, że polecę jak kłoda zgodnie z siłą grawitacji i nastąpi jakiś bolesny upadek. Nic takiego się nie wydarzyło. O dziwo zaczęłam spadać bardzo wirująco i tańcząco jak liść niesiony na wietrze, jakbym nic nie ważyła albo tyle co piórko. Znowu miałam cudowne spadanie...
Te dwa moje sny pokazują, że na jawie bardzo zawężamy naszą świadomość upierając się jednocześnie, że to, co wiemy, jest całą prawdą na jakiś temat (bo ktoś to nam powiedział, że tak on doświadczył, bo my sami tak raz odczuliśmy, więc tak musi być zawsze – i w ten sposób sami zamykamy sobie drogę do nowej wiedzy, do nowych odczuć). Jesteśmy jak jeden ze ślepców z poniższej przypowieści:
Pięciu ślepców i słoń
Pewnego dnia pięciu ślepców postanowiło przekonać się, jak wygląda słoń. Każdy z nich dotknął innej części zwierzęcia, każdy więc był przekonany, że to co trzyma, to cały słoń.
Pierwszy, który chwycił trąbę, uważał, że słoń ma postać wijącego się węża. Drugi, który dotknął ucha, upierał się, że słoń ma kształt liścia palmowego. Trzeci, ściskając mocno jedną z nóg słonia, oznajmił, że zwierzę ma wygląd drzewa. „Ależ nie – oświadczył czwarty, który klepał słonia po boku – ta bestia wygląda jak ściana.”
Wówczas piąty ślepiec, który był najbardziej głośny z całej grupy, chwycił ogon zwierzęcia i krzyknął: „Bracia moi, wy jesteście nie tylko ślepi, ale i głupi! Przecież słoń ma kształt liny!”
Starożytna przypowieść hinduska
W tych moich snach dzięki świadomemu przeżyciu obu tych scen z wpadaniem w przepaść i do wody, otworzyłam się na poznanie nowego, czyli poszerzyłam swoją świadomość.. W obu przypadkach nie ingerowałam w akcję snu, po prostu podążałam za tym, co miało właśnie nastąpić. Mam wpaść w wodę - dobrze, poczujmy to. Mam wpaść w przepaść - dobrze, poczujmy to... (czyli gdybym miała ochotę kichnąć, to właśnie kichnęłabym, aby zobaczyć, jak się rozlecę z tych zszytych kawałków, wyobrażając to sobie ma logikę jak niby to powinno być, a na pewno sen potoczyłby się zupełnie inaczej...).
Przykro to przyznać ale jako bóg okazałem się totalnie niekompetentny, głupi, złośliwy, wredny, przesadnie mściwy i tak dalej...
Każdy ma swojego boga. Tu ciśnie się do autora pytanie, czy tak samo zachowuje się on w życiu na jawie? Albo konkretniej: w jakiej sytuacji zachowuje się niekompetentnie, głupio, złośliwie, wrednie, przesadnie mściwie? (Bo moje śniące ja się tak nie zachowuje nigdy, ani nie leży w moim charakterze obudzonego ja być mściwą, złośliwą, wredną ...).
Zawsze bardzo cenne jest prześledzenie, jak się zachowuje nasze śniące ja, czy tak samo zachowuje się w życiu na jawie? Czy działania i postawy mojego śniącego ja są podobne do działań i postaw mojego obudzonego ja, czy się różnią? Autor zdaje się nie porównywać ani nie wyciągać żadnych wniosków dla siebie, czyli w ogóle nie zbiera żniwa z tych swoich snów.
Cytat z książki:
„Jak wyjaśnia Strephon Kaplan-Williams w swoich błyskotliwych, mądrych książkach Dreamworking (Praca ze snami) oraz The Elements of Dreamwork (Elementy pracy ze snami), że śledząc, jak działa nasze „senne ja” (albo doznaje niepowodzenia w działaniu) uczycie się rozpoznawać wasze wewnętrzne motywacje i możecie położyć fundamenty pod ulepszenie waszych postaw oraz dokonanie pozytywnych zmian w życiu na jawie. Z pewnością zobaczycie siebie pobierającego lekcje odwagi i dokonywania wyborów. Obserwując na monitorze wasze senne ja, jak rozwija się na przestrzeni kilku snów, zauważacie, że bardziej zaczynacie zwracać uwagę na zawartość umysłu w życiu na jawie i stajecie się bardziej świadomi tego, jak wasze postawy kształtują rzeczywistość, którą uważacie, że zamieszkujecie.”
Co do "nierealności" miejsc mam jeszcze jedną (przydługą - sorry) uwagę.
Kiedy za młodu mieszkałem z rodzicami w ich domu - często moje sny rozgrywały się w tym miejscu. W mieszkaniu, na podwórku, w najbliższej okolicy. Dawno, dawno temu jednak kupiłem sobie własne mieszkanie, a rodzice przeprowadzili remont (kapitalny, z burzeniem ścian i kompletną zmianą wyglądu przestrzeni).
I odtąd w snach nie mogę się tam dostać. Czasami śnię, że jestem w pobliżu mojego starego domu ale nie mogę wejść do środka. Jakieś płoty, mury, zburzone przez wojnę kamienice z labiryntem przejść, w których grzęznę, jacyś ludzie nagabujący mnie w głupkowatych sprawach, które we śnie wydają mi się strasznie ważne... (zawsze dzieje się to w nocy, nie wiem dlaczego, nigdy nie śniłem, że jestem w pobliżu tamtego mieszkania za dnia). Nie mogę wejść do mojego starego mieszkania w żaden sposób. Spróbowałem wejść kiedyś jako "bóg" (tj. wiedząc, że śnię). I co? Ano wszedłem. Tylko przestrzeń zawinęła się w jakiś dziwny sposób i znalazłem się w... swoim nowym mieszkaniu, z żoną, dzieckiem i kotem.
Akurat u mnie jest odwrotnie i to mnie zawsze zastanawia, dlaczego tak jest, bo często śnię o swoim domu dzieciństwa i młodości, w którym również, odkąd w nim nie mieszkam, zaszły zmiany, ale w snach o tym dość często nie pamiętam. Wydaje się, że wciąż tam mieszkam właśnie w domu urządzonym tak jak w czasach mojego dzieciństwa, choć nie zawsze są potrzebne wszystkie szczegóły urządzenia domu, po prostu wiem, że tam mieszkam i że jest tak - na ogół, choć nie zawsze - jak kiedyś. Odbywam jakby podróże w czasie, nieraz zostaje odgrzebane coś odległego, np. środkowa szuflada w kredensie w kuchni. Ten kredens zdaje się we śnie stać tak jak stał, gdy miałam przykładowo 7 lat. Albo ustawienia mebli w pokoju, w którym spałam, są takie, jak były, gdy też miałam około 7 lat, bo była tam szafa, potem rodzice kupili inną szafę (kiedy miałam lat 10? Nie pamiętam), ale ja śnię o tej pierwszej mi znanej, o której bym na amen zapomniała, gdyby nie sen coś odgrzebał.
Kiedyś śniłem, że jestem więźniem łagru na Kołymie (ma się fajne sny, nie?). Skądś wiedziałem, że to Kołyma.
I w tym miejscu metoda wywiadu sennego stosowana przez Gayle Delaney bardzo dużo by odsłoniła autorowi i zaskoczyłby dlaczego wybrał taką scenerię. („Jestem z obcej planety. Co to jest Kołyma i co to znaczy być więźniem, bo nie słyszałam nigdy o takim pojęciu...”)
Łagier wyglądał jak połączenie Moskwy i Wrocławia. Było kilka cerkwi wokół ale w gruncie rzeczy na Kołymie jest tak jak we Wrocławiu. Te same ulice, domy, więźniowie jeżdżący samochodami, kupujący papierosy w kioskach, chlejący piwo w kawiarniach na wolnym powietrzu... [No. Jak to w łagrze na Kołymie jest na co dzień - przecież sami wiecie...] i tylko to straszne poczucie, że jest się więźniem. Pamiętam głupi szczegół, jakiś facet (NKWDysta chyba) patrzył "srogim wzrokiem" na ludzi przechodzących przez przejście dla pieszych. Wiem (pamiętam?), że sen mnie dołował. Było mi źle i bardzo chciałem się wydostać.
I w tych odczuciach tkwi sedno snu. Gayle Delaney zapytałaby autora: „w jakiej sytuacji z aktualnego życia czujesz się zdołowany, jest ci źle i chcesz się wydostać?”... i stosując słowa użyte przez autora w opisach Kołymy przerzuciłaby pomost do aktualnej sytuacji z życia autora, jego odczucia bycia więźniem i zapytałaby, czy mu to pasuje do...
Jak tylko jednak jacyś ludzie zaczęli mnie gonić, a tu nogi, jak zwykle, nie słuchały rozkazów płynących z mózgu...(...). Zacisnąłem powieki i już znalazłem się na powrót we własnym łóżku. Wściekły, rozdrażniony, z poczuciem winy. Nie wiem dlaczego (powinienem zostać i walczyć, czy co?).
„Wściekły, rozdrażniony, z poczuciem winy” – znowu przypomnij sobie, kiedy tak się czułeś, w jakiej sytuacji? –pytałaby Gayle Delaney... I autor z nagłym zdziwieniem w oczach zaskoczyłby o konkretnej sytuacji z aktualnego życia.
Kiedy śnię, że w obcym mieście zaparkowałem gdzieś i potem nie mogę znaleźć własnego samochodu to będę się tak męczył koszmarnie długo. Pytam jakichś przypadkowych ludzi "Nie wie pan gdzie zaparkowałem?", wzywam policję, męczę się jak szlag i... nic.
I znowu jakaś karykatura własnego zachowania. Pytania do siebie samego/siebie samej: Czy moje obudzone ja też zachowuje się tak kretyńsko? W jakiej sytuacji? Czy w życiu miała miejsce podobna sytuacja, kiedy tak się męczyłem/am i nie mogłem/am czegoś znaleźć? Czego? Na pewno mimo naszego rozsądku zawsze coś się znajdzie innego, gdzie zachowujemy się trochę kretyńsko.
Przykład z moich snów. Jedziemy na rowerze z koleżanką Anią. Ona wiezie mnie na bagażniku ruchliwą szosą, przelotową drogą krajową (notabene przy której mieszkam, byłyśmy mniej więcej 3 km od mojego domu i jedziemy w jego kierunku). Nagle przypominam sobie we śnie, że przecież ona się boi jeździć. Mówię do niej: Ania zsiadaj, dalej pojadę sama, ty się przecież boisz jeździć...
Fakt z życia, który miał miejsce kilka lat przed tym snem. Na naszym wspólnym wyjeździe do Łeby, zauważyłam wypożyczalnię rowerów i stały tam też dwa tandemy. A ja nigdy nie jeździłam tandemem, a zawsze już od bardzo młodych lat było to moim marzeniem i zapaliłam się do wypożyczenia tandemu. Ania przystała na moją propozycję i zrobiłyśmy sobie przejażdżkę żwirową drogą do rezerwatu ruchomych piasków, gdzie nie ma ruchu samochodowego. Ale najpierw sama musiałam dojechać tandemem do tej drogi, bo dopiero tam Ania odważyła się wsiąść na drugie siedzenie. Następnego dnia chciałyśmy powtórzyć wycieczkę, ale w wypożyczalni nie było ani jednego tandemu, tylko same pojedyncze rowery i Ania nie zgodziła się na wypożyczenie pojedynczych rowerów, więc sama sobie pojeździłam. Ona po prostu nie ma doświadczenia, bo w ogóle nie jeździ, a ja dla odmiany od dziecka jeżdżę tą swoją ruchliwą szosą.
Tamten sen bardzo wyraźnie skarykaturował moją tendencję „do oddawania kierownicy” osobom nie mającym żadnego doświadczenia w danej dziedzinie, podczas gdy ja sama mam w niej duże. Brak pewności siebie i brak wiary we własne doświadczenie i umiejętności? Otóż to.
Ze snami mam ten sam problem co student, który nie może rozwiązać zadania z matematyki, ale to co zrobił (czyli nic), strasznie mu się podoba. Podobają mi się własne sny. Nawet jak jestem najemnikiem, więźniem, "zszytą z kawałków osobą" to wszystko jakoś tam mi się podoba. Lubię być bogiem (nawet tak strasznie głupim), lubię latać, lubię tracić poczucie rzeczywistości, budzę się i wspominam wszystko z lubością...
No tak, mówi się wszak, że głupota nie boli. To też jest bardzo znaczące, że jesteśmy dumni z własnej głupoty, ale czy na pewno każdy z nas chce ją powielać i tak w nieskończoność być głupim? Bo ja nie. I jeśli chodzi o moje sytuacje na jawie, czy mam tak ciągle oddawać tę kierownicę osobom jawnie niekompetentnym? Tylko wtedy nigdzie nie zajadę, nie zrobię żadnego postępu. Czy mam tak ciągle tkwić w tym samym miejscu, bo nie ufam swoim zdolnościom?
Autor snu wydaje się być bardzo dumny z tej głupoty, złośliwości, przesadnej mściwości, ograniczoności swojego sennego ja, co bardzo przypomina mi mściwych, zazdrosnych, złośliwych bogów z Olimpu z ich najgorszymi cechami jakże ludzkimi, których jedynym celem było karmienie swego ego. Jeśli zdarzy się, że sny mnie skarykaturują, staram się z tego wyciągać wnioski i nie powielać swojej głupoty w nieskończoność. Sen mną często potrząsa, abym uwierzyła w siebie, w swoją własną kompetencję i nie zachowywała się tak kretyńsko, jak się czasem w pewnych sytuacjach zachowuję. Zaufaj sobie samej, powiedział mi wtedy sen. Najwyższy czas.
Opracowanie - Ela
czytań: 2568 publikacja: piątek, 22 października 2004 - 17:38 
Powrót do działu Porady2
|
Komentarze
balaena
24-10-2004 - 23:46
|
Chciałbym zacytować jedneg z bardziej prze ze mnie cenionych instruktorów od podróży w odkrycie własnej duchowości Deepaka Choprę: Kiedyś jak budziłem się to mówiłem sobie - o to był sen a teraz mówię - o to teraz jest jawa Wydaje mi się, że nasze sny często dają nam wskazówki na to że są snami (w artykule nazwano to anomalią) i tylko od naszj spostrzegawczości i woli zależy co z nimi zrobimy. zupełnie jak na jawie... pozdrawiam
|
|  |
|  |